Czego najbardziej nie lubię w ślubach i weselach

Zgodnie z wolą kultury i społeczeństwa (a nawet języka: wesele – weselić się) dzień ślubu powinien być idealny i bajeczny. Dość (zbyt) często spotyka się frazę „najszczęśliwszy dzień w życiu”. Wielokrotnie widziałam osoby płaczące (podejrzewam, że ze szczęścia) przy ceremonii zaślubin. Ze swoim brakiem entuzjazmu i wzruszenia czuję się często jak odmieniec. Czy powinnam kupić koszulkę „Nie płakałam na weselu”?

Teraz, jako poważnej narzeczonej (Najszczęśliwszej na Świecie), nie wypada mi… Zamiast tego podzielę się przyczynami mojej ślubo- i weselo-fobii, w celu „przepracowania” tych uprzedzeń w ramach przygotowań do Wielkiego Dnia.

Czemu najbardziej nie lubię w ślubach i weselach?

  • Spina z powodu pieniędzy

Na pierwsze wesele, na jakie byłam w życiu zaproszona nie poszłam z powodu pieniędzy. A konkretnie ich braku. To był ślub w rodzinie, i jedno z rodziców stwierdziło, że w tej chwili nie stać nas na prezent, jaki wypadałoby dać. W dorosłym życiu nie zdarzyło mi się z tego powodu odmówić pójścia na wesele, ale raz z okazji ślubu koleżanki wypłaciłam z konta wszystkie pieniądze. Wiem, że najważniejsze, żeby „być” etc., ale jednak czułabym się nieswojo nie dając nic, dając pustą kopertę, lub prezent, który jest znacząco poniżej poziomu kosztów poniesionych na zaproszenie mnie…

Oczywiście jeszcze większy stress finansowy jest po stronie organizatorów. Impreza z racji na samą skalę musi sporo kosztować, a nie ukrywajmy, że słysząc o „Tym Szczególnym Dniu” wszyscy usługodawcy podnoszą ceny. Ta sama fryzura nie będąc „ślubną” kosztowałaby znacznie mniej, podobnie usługa fotografa etc.  Wielce bulwersują mnie też „dobrowolne” ofiary za ślub kościelny (nawet do 1500 zł) – kolejna przyczyna dla którego ślubowi kościelnemu mówię „nie”.

Podobno następna faza stresu finansowego pojawia się po samym wydarzeniu, kiedy krewni zgłaszają się z gratulacjami i… prośbą o pożyczkę z pieniędzy „kopertowych”.

  • Spina z powodu wyglądu

Trza być w butach na weselu

Przecież wiem. Ale czy „Ten Dzień” musi oznaczać, że zarówno państwo młodzi, jak i goście przebierają się jak na karnawał? Efektem są: błyszczące garnitury, fryzury jak z czasów Ludwika XIV, suknie balowe. Wszystko byłoby OK, gdyby „przebranie” nie było obowiązkowe. Tymczasem, gdy wybieram się na wesele cała żeńska społeczność zaczyna nagle interesować się moim strojem i oferować rady, o które nie prosiłam. Zwrócono mi już uwagę, że: nie wypada być w białej sukience (zarezerwowana dla panny młodej), nie wypada być w czarnej (żałoba!), lepiej założyć wysokie obcasy niż baletki, nie można do eleganckiej kiecki włożyć dżinsowej kurtki, powinnam zmienić na żakiet…

Boję się myśleć, jaka burza się rozpęta, gdy świat dowie się, że do ślubu chcę iść w zwykłej białej sukience bez ślubnych farfocli.

Do tego, szczególnie dla dziewczyn, dochodzi kwestia linii. Moja znajoma żeby w dzień ślubu musi wyglądać „perfekcyjnie” przez rok katowała się dietami i ćwiczeniami. Efekt? Wyglądała ślicznie. I dorobiła się rozstrojenia całego organizmu, które niestety trwa do dziś.

Ja już teraz (ponad rok przed!) słyszę przy jedzeniu uwagi o „dbaniu o linię” przed ślubem… Szczęśliwie kieca i tak jest luźna 🙂 Smacznego!

  • Sprawy kościelne

Wiele osób, nawet niewierzących, wybiera kościół na miejsce ślubu, ze względu „na oprawę”. Takie utylitarne podejście wydaje mi się niesmaczne, ale to sprawa sumienia państwa młodych. Gorzej, że przez taki konformizm, przymus ślubu kościelnego zatacza coraz szersze kręgi.

W samej ceremonii kościelnej denerwuje mnie podkreślanie tradycyjnego podziału ról („obyś ty był głową rodziny… a ty ozdobą ogniska domowego” – autentyk) i „polityczne” kazanie (raz byłam na ślubie, gdzie ksiądz prawił o „prawdziwej miłości” w opozycji do „miłości z przystanku woodstock” – dodatkowy smaczek był taki, że pan młody był stałym bywalcem tegoż).

Wreszcie, nie cierpię gdy goście, a szczególnie panna młoda stawiają się w kościele z gołymi ramionami (lub w spódniczce mini). W tej sprawie jestem większą konserwatystką niż ksiądz. Taki strój wskazuje dla mnie ostateczny paradoks – ceremonia w kościele religii, której najwyraźniej ani trochę się nie rozumie, ani nie szanuje.

I jeszcze garść innych drobiazgów: niemożliwość opuszczenia wesela, gdy odbywa się „in the middle of nowhere”, przymus tańca, gdy nie podoba się nam muzyka („kaczuszki!”), brak potraw dla wegetarian, ochlaj (choć to zdarza się coraz rzadziej).

Skoro tak mi się nie podobają śluby i wesela, to dlaczego właściwie biorę ślub? Odpowiadam tu.

Obraz Albert B. Wenzell: Oświadczyny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s